środa, 21 stycznia 2015

GDZIE TA KUPA?

Gdzie ta kupa, czyli słowo wyjaśnienia dla tych, którzy żadnej kupy w poprzednim moim wpisie nie znaleźli. Otóż kupa jest - ukryła się w słowidécoupage [czytaj: dekupaż], którego celowo w treści wpisu nie użyłam, a które najpierw moją sześcioletnią Siostrzenicę przez wiadome skojarzenie zniesmaczyło, a potem, gdy już wytłumaczyłam jej w czym rzecz, wywołało u niej kupę śmiechu. Kupę mam też wygranych w przydasiowym candy u Ani serwetek do wykorzystania na dekupażowych warsztatach.


Skoro już o warsztatach mowa, to czas na prezentację mojego najnowszego dzieła, którym jest dwustronna deseczka pod kalendarz, którą, zachęcona przez Karto_flaną, zgłaszam do kalendarzowego wyzwania w Klubie Twórczych Mam.


 Deseczka bez kalendarza, bo jak na gapę przystało, zostawiłam ją w warsztatowej sali i odbiorę ją na kolejnych warsztatach, czyli w sobotę.





Książkowo, jak widać na powyższych zdjęciach -  Oskar i pani Róża Erica-Emmanuela Schmitta. Co prawda książek o przegranej walce z nowotworem miałam nie czytać, ale skoro słowo się rzekło, a książka pojawiła się zarówno na liście lektur Pierwszogimnazjalisty, jak i mojej do przedmiotu Najnowsza literatura dla dorosłych, wyjścia nie było i nie dość, że książkę przeczytałam, to również obejrzałam film na jej podstawie w reżyserii i ze scenariuszem Schmitta, a także spektakl TVP zatytułowany Oskar* i oczywiście za każdym razem spłakałam się jak głupia.

Choć książka porusza trudny temat, to czytało się ją szybko i przyjemnie, z ogromną ciekawością, co też przyniesie kolejny dzień, czyli kolejne dziesięć lat życia Oskara. O czym napisze on w kolejnym liście do Pana Boga? A pisał on mądrze. O tym, co czuje, co go boli, co przeżywa, o złości na rodziców, którzy nie potrafią rozmawiać z nim o śmierci. Mądrze podsumowywał każdą "dekadę" swojego życia, jednak najbardziej wzruszył mnie list pani Róży napisany po śmierci Oskara - dziękowała ona Bogu za możliwość poznania chłopca, który pomógł jej w Boga wierzyć. I to jest bardzo pozytywne, bo zazwyczaj w obliczu kończącej się śmiercią choroby mamy do Boga pretensje, że zabiera rodziców dzieciom, czy dzieci rodzicom i mówimy, że gdyby rzeczywiście istniał, to tak by się nie stało. I jeszcze to zdanie: "Nie boją się ciebie, Oskarze. Boją się choroby."**. To prawda. Boimy się choroby. Zwłaszcza takiej, która często kończy się śmiercią. Nie wiemy, jak z takimi chorymi rozmawiać. Nie wiemy, co im mówić, o co ich pytać, a przecież często wystarczy tylko być, ale i to jest dla nas za trudne.

Film Schmitta przybliża postać pani Róży. Poznajemy tutaj jej rodzinę - matkę, dzieci, a także jej mężczyznę, byłego zapaśnika. Na bieżąco możemy oglądać przemianę unikającej chorych twardej roznosicielki pizzy, w pełną czułości przyjaciółkę chorego chłopca. Gdy w wigilijny wieczór Oskar niespodziewanie pojawia się w domu pani Róży jej syn pokpiwa z niej. Zarówno on, jego siostra, jak i matka Róży nie mogą uwierzyć, że wolontariuszką stała się ta, która rozgłaszała, że dobroczynność to bufonada i kpiła z babci zajmującej się staruszkami i piekącej ciasta dla biednych. "Widzisz, co nas czeka, siostra? Prędzej czy później uczucia zawsze cię dopadną."*** puentuje syn Róży, a córka mówi matce, że jest z niej dumna.

Ekranizacja TVP... Hmmm... Kilka fragmentów książki mniej lub bardziej dokładnie przeniesionych na ekran. Krótko i na temat. Jak w książce. Nie, jeszcze krócej. Po nieco bajkowym filmie Schmitta czegoś mi w niej brakowało.

Oskar: "Próbowałem tłumaczyć rodzicom, że życie to taki dziwny prezent. Na początku się je przecenia: sądzi się, że dostało się życie wieczne. Potem się go nie docenia, uważa się, że jest do chrzanu, za krótkie, chciałoby się niemal je odrzucić. W końcu kojarzy się, że to nie był prezent, ale jedynie pożyczka. I próbuje się na nie zasłużyć."****

Czy nie ma racji?

Do poczytania za tydzień :-)
_______________________
* Oskar, scen. i reż. Marek Piwowski wg. E-E. Schmitta; Warszawa: TVP, 2005.
**Schmitt, Eric-Emmanuel: Oskar i pani Róża. Przekł. Barbara Grzegorzewska. Kraków: "Znak", 2004, s. 62.
*** Oskar i pani Róża. scen. i reż. Eric-Emmanuel Schmitt; Belgia, Francja, Kanada, 2009.
**** Schmitt, Eric-Emmanuel: Oskar i pani Róża. Przekł. Barbara Grzegorzewska. Kraków: "Znak", 2004, s. 74. 

26 komentarzy:

  1. Wspaniała książka, pozwoliła mojemu 10-letniemu synowi uporać się ze śmiercią przyjaciela....

    OdpowiedzUsuń
  2. o Ksiązka cudna. bardzo bardzo mi sie podobała. nawet omawialam z dzieciakami na Dkk wszystkim sie podobała. Piekne prace decupazowe

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Janielko :-)

      DKK? Czyżbyśmy były koleżankami po fachu?

      Usuń
  3. Piekna ta deseczka, moze masz ochote dolaczyc ja do tego wyzwania: http://klub-tworczych-mam.blogspot.de/2015/01/wyzwanie-cykliczne-kalendarz.html

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :-)

      Mamą nie jestem, więc KTM chyba nie dla mnie... Ale kalendarzowe prace obejrzałam.

      Usuń
  4. Piekny dekupaż. A książka mądra i dobra dla czytelników w każdym wieku.

    OdpowiedzUsuń
  5. Uwielbiam tę książkę:) Film też był fajny:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I u mnie do grona ulubionych ten tytuł dołączył.

      Usuń
  6. "Oskar i pani Róża" - rewelacja... chociaż rzeczywiście bardzo smutna.
    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  7. 'Oskara" czytałam w okresie niezbyt dla mnie przyjaznym , ale czytałam go spokojna o wlasny los, co ma być to bedzie !
    dzisiejsze popołudnie bylo u mnie poświęcone starym pracom dekupażowym. Próbowałam je dokonczyć. Jednak potrzeba na to jeszcze kilka popołudni!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, co ma być, to będzie.

      Powodzenia w dokończaniu prac.

      Usuń
  8. serwetkowanie super. książkę czytałam, wzruszająca, zmuszająca do refleksji

    OdpowiedzUsuń
  9. Zjadło mi komentarz ? Drugiego takiego już nie napiszę....
    Książkę czytałam bardzo dawno temu..pamiętam to zmęczenie Oskara pod koniec książki i ta ulgę, bo przecież inaczej nie mogła się zakończyć. pamiętam to zdanie, które wyróżniłaś - o baniu się choroby. U Schmitta niesamowite jest to, że w niezbyt wielkiej formie potrafi zawrzeć maksimum treści, tworząc bardzo mądre książki (no, może są też słabsze).
    Fajnie zdekupażowane deseczki - mam nadzieję, że ich tworzenie przyniosło wiele frajdy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Komentarza nie zjadło, tylko poszedł do moderacji. Chroni mnie to przed spamem i ułatwia odpowiedzi na nowe komentarze.

      Zdanie, które wyróżniłam, jest bardzo prawdziwe. Doświadczyłam tego sama na sobie.

      Dekupaż rzeczywiście przynosi mi frajdę, jutro kolejne warsztaty, których efekt pokażę w środę.

      Pozdrawiam serdecznie :-)

      Usuń
  10. Śliczna deseczka! Czekam na kolejne Twoje dekupażowe dokonania :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Muszę ją przeczytać, to moje klimaty...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przeczytaj, warto. Są jeszcze "Listy do Boga" Johna Perry'ego i Patricka Doughtie, inspirowane filmem o tym samym tytule, po które też zamierzam sięgnąć.

      Usuń
  12. Książkę czytałam i też się przy niej popłakałam.
    Filmu nie oglądałam, tylko dlatego, żeby nie popsuć sobie książki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zarówno film, jak i spektakl TVP obejrzałam z ciekawości i niedosytu, jednak ani jedno, ani drugie książki mi nie zepsuło.

      Usuń

Dziękuję :-)