środa, 6 kwietnia 2016

NA ŚWIĄTECZNEJ...

Kliknij tutaj ;-)

Na świątecznej łące skakały zające,
dwa się zakochały i do nas przykicały.

Magda-Allienor poprosiła mnie, żebym podzieliła się wrażeniami z Feblika Małgorzaty Musierowicz, ale jak mam się podzielić wrażeniami, skoro nie lubię i nie umiem o książkach pisać i zdecydowanie wolę je czytać? Książka albo mi się podobała, albo nie. Czytało się ją dobrze, albo źle. Wzruszyła mnie, albo nie. Jednak uzasadnić dlaczego, już nie potrafię. Poza tym, co można napisać o książce, która kojarzy mi się z białą serią romansów Harlequin?


Po przeczytaniu kilku pierwszych stron zaczęłam się zastanawiać, czy mam deja vu? Bo przecież to już było - we Wnuczce do orzechów. Potem było już lepiej, pojawiły się nowe postaci i wątki z nimi związane. A potem szybko był koniec. Za szybko. I tyle.  Zero wrażeń, zero głębszych przemyśleń, ale czytało się przyjemnie, jak to Musierowicz. Chociaż... Już w którejś z wcześniejszych, ale wydanych w ostatnich latach części zaczęło mnie denerwować to, co wcześniej w rodzinie Borejków podobało mi się, a mianowicie ich oczytanie, wiedza, znajomość łaciny i umiejętność zastosowania odpowiedniego cytatu w odpowiedniej sytuacji, ogólnie mówiąc ich inteligenckość, która teraz mnie drażni i wydaje się przerysowana i sztuczna. Czyżby na "starość" wychodziły ze mnie kompleksy związane z chłopsko-robotniczym pochodzeniem? A może po prostu dorosłam i to, co imponowało mi, gdy miałam lat naście, teraz, na chwilę przed zmianą kodu na czwórkę z przodu, nie robi już na mnie takiego wrażenia? No i to ciągłe "lokowanie produktu" pod tytułem Ellery Queen, czy Krystyna, córka Lavransa - jakby innych autorów i książek na świecie nie było. Ale przyznaję, i jedno i drugie zaintrygowało mnie (najwyraźniej zadziałała metoda zdartej płyty) i być może kiedyś trafi w moje ręce.

Wracając do Feblika - nie poruszył mnie on na tyle, żeby sypać tu cytatami, choć dwa fragmenty przypadły mi do gustu:
- Mam małą prośbę - rzekł uprzejmie. - Czy mogłaby pani z łaski swojej popchnąć nam samochód? Kłopot z akumulatorem. Zwykłej kobiety nie śmiałbym prosić, ale pani jest taka silna. (str. 239)
Myślałam, że padnę - i kto to mówi? Takie słowa z ust takiego dżentelmena, jak Ignacy Grzegorz Stryba? Niesamowite!

Drugi fragment dotyczy naszego postrzegania dzieci, które dziećmi już nie są:
I wtedy nagle go zobaczyłam takiego, jakim jest naprawdę, a nie jakim go widziałam do tej pory, bo dotąd moje widzenie było zakłócone przez żmudny proces wychowywania tego człowieka. Wiesz, o czym mówię, zawsze ich widzimy złożonych z tego, kim byli, i z tego, kim są, z przewagą tego pierwszego, i to pierwsze to jest bardzo dużo kolejnych obrazów, na które nakładają się coraz nowsze, a jeszcze te stare przebijają spod spodu,  no rozumiesz, a mnie zawsze przebijał najmilszy obraz tego dzidziusia z młotkiem pod pupą. (str.248)
Zgadzam się z Idą. Jestem ciocią i mamą chrzestną Gimnazjalisty i choć widzę, jak się zmienia, jak dorasta, to cały czas jest on dla mnie tym malutkim milutkim i cieplutkim kilkuletnim chłopczyczkiem czarującym uśmiechem pełnym małych białych ząbków, a tym czasem żaden z niego chłopczyczek, chłopczyk, czy nawet niedawny chłopiec w zsuniętej na tył głowy niebieskiej czapce-krasnoludce, spod której wystawała blond emo-grzywka skosem opadająca na wielkie niebieskie oczy, tylko bardzo do rzeczy chłopak, nastolatek, a wkrótce młody mężczyzna.

Choć nie czytam recenzji książek, to tu i ówdzie zdarzyło mi się spotkać z opinią, że wcześniejsze części Jeżycjady były inne, ciekawsze, lepiej napisane. Może rzeczywiście i takie były, a może po prostu my, wierne czytelniczki Małgorzaty Musierowicz, dorosłyśmy i inaczej pewne rzeczy odbieramy, a Jeżycjada, jakby nie patrzeć, jest serią dla młodzieży, nawet tej bardzo młodej - Gimnazjalista w podręczniku do języka polskiego dla klasy piątej miał fragment Języka Trolli i był bardzo zdziwiony, że czytam książkę dla dzieci. Jednak coś jest w tych opiniach, bo te części, których akcja rozgrywała się 40 czy 30 lat temu były dla mnie ciekawsze, gdyż przedstawiały realia, których nie pamiętam lub pamiętam słabo.

No to tyle o Febliku, więcej nie wyduszę. Może tylko to, że słowo feblik kojarzyło mi się z gwarą śląską (feblik, bajtlik, podobne nieco), a tymczasem to francuska słabość. I może jeszcze to, że choć jestem o ponad połowę młodsza od Ignacego Seniora, to też na nadciśnienie biorę Concor Cor, tyle że mój nie jest w kształcie serduszek (w tym kształcie dostawałam jakiś zamiennik w szpitalu) i biorę go rano, a nie wieczorem.

Do następnego :-)

PS. Gimnazjalista, po przeczytaniu 272 stron kupionej miesiąc temu Futu.re Dmitrija Glukhovsky'ego stwierdził, że książka mu się nie podoba i zaczął czytać Drużynę pierścienia, która podoba mu się o wiele bardziej.
 

13 komentarzy:

  1. Anetko, przeurocze te zajączki. Tak to dziwnie jest, że komplement pani jest taka silna, w ustach faceta wcale nie jest komplementem. Hi hi hi Pozdrawiam serdecznie Beata

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Beato :-)

      Może te słowa zabrzmiałyby jak komplement, gdyby były wypowiedziane w innych okolicznościach i nie o siłę fizyczną by chodziło, a tak wyszło, jak wyszło.

      Pozdrawiam :-)

      Usuń
  2. Króliczki już chwaliłam :)
    Bardzo fajnie piszesz o książkach :)
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Moniko za miłe słowa, zwłaszcza że pisanie o książkach mi nie wychodzi.

      Usuń
  3. Zajączki, boskie! A ksiażki Musierowicz. ja z nich chyba wyrosłam ale wspominam z rozrzewnieniem. Czasem lepiej zostawić w dobrych wspomnieniach niz dusić na siłę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :-)

      Musierowicz lubię i mimo pewnych zgrzytów będę nadal czytać ją z przyjemnością.

      Usuń
  4. Króliki faktycznie zakochane :).. A co do wypowiedzi o książkach, ich odbieraniu... też mam coś podobnego.. kiedyś super, dzisiaj już niekoniecznie. Czy to już starość?? Ale ja dopiero dwa oczka po 4 jestem :) To co będzie później?????????!!??

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :-)

      Nie, to nie starość. To doświadczenie życiowe.

      Usuń
  5. Miło było poczytać o Febliku (a króliczki oczywiście śliczne i bardzo, bardzo wiosenne). I sobie pomyślałam, że masz rację - w Febliku nie było (albo mało) przemyśleń, cytatów, opinii. Może dlatego, że mało było chyba dziadka Borejki. Krystyny muszę bronić (a raczej nie samej "Krystyny", przez którą nie udało mi się przebrnąć), ale słabości do książki. Jeżeli jakąś książkę się czytało setki razy i się ją kocha, to nic dziwnego, że w kółko można ją przytaczać w cytatach (tak mam z Kubusiem między innymi). Inteligenckość mnie nie razi, chociaż też jestem robotniczo-chłopska, a właściwie chłopska chyba. Jakoś nie tracę nadziei, że takie rodziny po prostu gdzieś są. :)
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, Ignacy Borejko... To właśnie on mnie zniechęcił swoimi mądrościami w tej części, której tytułu nie pamiętam ("Sprężyna"?) - momentami miałam ochotę rzucić książką, ale że jestem od "Jeżycjady" uzależniona, to dotrwałam do końca i czytam każdą następną część.

      Czy są jeszcze takie rodziny, jak Borejkowie? Zapewniam Cię, że tak. Sama znam kilka takich.

      Usuń
  6. No jak na osobę, która nie lubi pisać o książkach, to napisałaś świetną, bardzo refleksyjną opinię :)
    Tak jak pisałam, mam mieszane uczucia co do nowych książek Musierowicz - i jak słusznie zauważyłaś - dorosła już jestem, więc patrzeć na nie będę inaczej. Ale nałogowo będę czytać każdą kolejną, która się pojawi. Jest mi nieco smutno, że wyprowadzają się coraz bardziej z Poznania, że to, co dla mnie było jednym z atutów książki - opis mojego miasta, zanika. Choć się nie dziwię - są ludzie, którzy nie pamiętają czasów, kiedy Kaponiera (budowa zatruwająca życie Borejkom )była przejezdna.
    Też mi się spodobało to spojrzenie Idy na Józinka - strasznie trudno do tego dorosnąć. Dojrzeć do tego, by zauważyć mężczycnę, nie dziecko.
    I po zastanowieniu uważam, że masz rację - w pierwszych tomach senior rodu wypadał dużo naturalniej, tu już tak na siłę.
    Nie zwróciłam uwagi na "Krystynę..." - bo dawno temu czytałam i chyba muszę wrócić - pewnie jako osoba dorosła, spojrzę na tę książkę zupełnie inaczej. Ale w jeżycjadzie pojawiają się takie "lokowane" książki - tym razem nie było Marka Aureliusza :)
    Dziękuję Ci za tę opinię i serdecznie pozdrawiam.
    P.S. Mój gimnazjalista -"Tak świetnej komedii dawno nie widziałem, ale się ubawiłem !" - gdyby nie to, że ironia jest mu skrajnie obca, nie uwierzyłabym. Obejrzał "Zemstę" :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Naprawdę? To się cieszę, bo recenzje nigdy nie były moją mocną stroną.

      Co do Musierowicz, to i ja będę ją nadal czytać, mimo denerwującego czasami Ignacego B., bo uzależniona jestem.

      Do Poznania mam mały sentyment spowodowany trzykrotnym pobytem w sanatorium Miłowody (Kowanówko) i jakoś tak miło się czytało o mieście, w którym bywałam przejazdem (również w czasie dojazdów na studia w Warszawie) i być może chodziłam tymi samymi ścieżkami, co niektórzy bohaterowie, a na pewno chodziłam śladami tych, którzy korzystali z kolei.

      "Lokowanie produktu" też mnie wcześniej nie denerwowało tak jak w "Febliku" - lubiłam je i wiele razy obiecywałam sobie stworzyć borejkową listę książek do przeczytania. Chciałam też napisać przewodnik "Śladami Borejków" jako pracę dyplomową na zakończenie szkoły turystycznej, ale lenistwo zwyciężyło i skończyło się na znaczeniu ziół i przypraw w żywieniu człowieka. Teraz, po lekturze "Feblika" mogłabym dopisać rozdział o zastosowaniu barwników roślinnych w malarstwie :-)

      Co do Fredry, to chyba wolę go czytać, niż oglądać, chociaż była lata temu w TVP inscenizacja "Ślubów panieńskich" z łazienkowskiego teatru na wodzie, z moim ulubionym Janem Englertem w roli Gucia - to mogłabym oglądać cały czas.

      Pozdrawiam serdecznie i dziękuję za odwiedziny i tu, i tam.

      PS. Wiadomość z ostatniej chwili - Gimnazjaliście "Drużyna pierścienia" już się znudziła.

      Usuń
  7. Pamiętam tą inscenizację - świetna :)
    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję :-)