środa, 28 stycznia 2015

GDZIE JESTEŚ...

Tym razem miałam się nie śpieszyć i robić wszystko powoli i dokładnie, ale gdy zobaczyłam, przed jakim wyzwaniem postawiła nas instruktorka decoupage'u... A na dodatek zapomniałam pędzli! Na szczęście poratowały mnie siedzące obok panie. Wyszło jak wyszło, w sumie całkiem fajnie, choć farba nierówno nałożona i przez to spękania bardzo różnorodne.

Karton o wymiarach 18x22x20 cm, niby nic wielkiego, 
ale gdy ma się ograniczony czas zajęć i o decoupage'u niewiele wie...
Książkowo ostatnia z listy lektur Pierwszogimnazjalisty, o bohaterze której wiele lat temu pięknie śpiewała... sąsiadka.



Prawdę mówiąc, Mały Książę Antoine'a de Saint-Exupery'ego, którego nie czytałam przecież pierwszy raz, nie zrobił na mnie jakiegoś specjalnego wrażenia - ot, zbiór typów ludzkich pokazany oczami dziecka.


No, może poza fragmentami o pijaku i lisie, które lubię najbardziej. Do reszty być może jeszcze nie dorosłam. Albo jestem już zbyt dorosła, żeby zrozumieć, ale skoro i mnie ten baranek


podoba się najbardziej i skoro na koniec łzy mi poleciały, to chyba nie jest ze mną jeszcze tak źle, prawda?


Do poczytania za tydzień :-)

środa, 21 stycznia 2015

GDZIE TA KUPA?

Gdzie ta kupa, czyli słowo wyjaśnienia dla tych, którzy żadnej kupy w poprzednim moim wpisie nie znaleźli. Otóż kupa jest - ukryła się w słowidécoupage [czytaj: dekupaż], którego celowo w treści wpisu nie użyłam, a które najpierw moją sześcioletnią Siostrzenicę przez wiadome skojarzenie zniesmaczyło, a potem, gdy już wytłumaczyłam jej w czym rzecz, wywołało u niej kupę śmiechu. Kupę mam też wygranych w przydasiowym candy u Ani serwetek do wykorzystania na dekupażowych warsztatach.


Skoro już o warsztatach mowa, to czas na prezentację mojego najnowszego dzieła, którym jest dwustronna deseczka pod kalendarz, którą, zachęcona przez Karto_flaną, zgłaszam do kalendarzowego wyzwania w Klubie Twórczych Mam.


 Deseczka bez kalendarza, bo jak na gapę przystało, zostawiłam ją w warsztatowej sali i odbiorę ją na kolejnych warsztatach, czyli w sobotę.





Książkowo, jak widać na powyższych zdjęciach -  Oskar i pani Róża Erica-Emmanuela Schmitta. Co prawda książek o przegranej walce z nowotworem miałam nie czytać, ale skoro słowo się rzekło, a książka pojawiła się zarówno na liście lektur Pierwszogimnazjalisty, jak i mojej do przedmiotu Najnowsza literatura dla dorosłych, wyjścia nie było i nie dość, że książkę przeczytałam, to również obejrzałam film na jej podstawie w reżyserii i ze scenariuszem Schmitta, a także spektakl TVP zatytułowany Oskar* i oczywiście za każdym razem spłakałam się jak głupia.

Choć książka porusza trudny temat, to czytało się ją szybko i przyjemnie, z ogromną ciekawością, co też przyniesie kolejny dzień, czyli kolejne dziesięć lat życia Oskara. O czym napisze on w kolejnym liście do Pana Boga? A pisał on mądrze. O tym, co czuje, co go boli, co przeżywa, o złości na rodziców, którzy nie potrafią rozmawiać z nim o śmierci. Mądrze podsumowywał każdą "dekadę" swojego życia, jednak najbardziej wzruszył mnie list pani Róży napisany po śmierci Oskara - dziękowała ona Bogu za możliwość poznania chłopca, który pomógł jej w Boga wierzyć. I to jest bardzo pozytywne, bo zazwyczaj w obliczu kończącej się śmiercią choroby mamy do Boga pretensje, że zabiera rodziców dzieciom, czy dzieci rodzicom i mówimy, że gdyby rzeczywiście istniał, to tak by się nie stało. I jeszcze to zdanie: "Nie boją się ciebie, Oskarze. Boją się choroby."**. To prawda. Boimy się choroby. Zwłaszcza takiej, która często kończy się śmiercią. Nie wiemy, jak z takimi chorymi rozmawiać. Nie wiemy, co im mówić, o co ich pytać, a przecież często wystarczy tylko być, ale i to jest dla nas za trudne.

Film Schmitta przybliża postać pani Róży. Poznajemy tutaj jej rodzinę - matkę, dzieci, a także jej mężczyznę, byłego zapaśnika. Na bieżąco możemy oglądać przemianę unikającej chorych twardej roznosicielki pizzy, w pełną czułości przyjaciółkę chorego chłopca. Gdy w wigilijny wieczór Oskar niespodziewanie pojawia się w domu pani Róży jej syn pokpiwa z niej. Zarówno on, jego siostra, jak i matka Róży nie mogą uwierzyć, że wolontariuszką stała się ta, która rozgłaszała, że dobroczynność to bufonada i kpiła z babci zajmującej się staruszkami i piekącej ciasta dla biednych. "Widzisz, co nas czeka, siostra? Prędzej czy później uczucia zawsze cię dopadną."*** puentuje syn Róży, a córka mówi matce, że jest z niej dumna.

Ekranizacja TVP... Hmmm... Kilka fragmentów książki mniej lub bardziej dokładnie przeniesionych na ekran. Krótko i na temat. Jak w książce. Nie, jeszcze krócej. Po nieco bajkowym filmie Schmitta czegoś mi w niej brakowało.

Oskar: "Próbowałem tłumaczyć rodzicom, że życie to taki dziwny prezent. Na początku się je przecenia: sądzi się, że dostało się życie wieczne. Potem się go nie docenia, uważa się, że jest do chrzanu, za krótkie, chciałoby się niemal je odrzucić. W końcu kojarzy się, że to nie był prezent, ale jedynie pożyczka. I próbuje się na nie zasłużyć."****

Czy nie ma racji?

Do poczytania za tydzień :-)
_______________________
* Oskar, scen. i reż. Marek Piwowski wg. E-E. Schmitta; Warszawa: TVP, 2005.
**Schmitt, Eric-Emmanuel: Oskar i pani Róża. Przekł. Barbara Grzegorzewska. Kraków: "Znak", 2004, s. 62.
*** Oskar i pani Róża. scen. i reż. Eric-Emmanuel Schmitt; Belgia, Francja, Kanada, 2009.
**** Schmitt, Eric-Emmanuel: Oskar i pani Róża. Przekł. Barbara Grzegorzewska. Kraków: "Znak", 2004, s. 74. 

środa, 14 stycznia 2015

COŚ O KUPIE

Kliknij tutaj :-)
"Ciocia, bo ja myślałam, że to coś o kupie będzie, a to takie jest." - powiedziała ze śmiechem moja sześcioletnia Siostrzenica, gdy opowiedziałam jej o warsztatach, na które obecnie chodzę.

Mój pierwszy raz - przód
Mój pierwszy raz - tył
I wiecie co? To mi się bardziej niż filcowanie podoba, bo na efekty pracy długo czekać nie trzeba. A wiecie, co jest najlepszym narzędziem do postarzającego obskrobywania brzegów? Nie nożyczki, nie papier ścierny, a własne paznokcie.

Książkowo "Dziady dwa", czyli kolejna lektura Pierwszogimnazjalisty, czyli Dziady, część II Adama Mickiewicza. Nawiasem mówiąc - jedna z moich ulubionych lektur, z jedną z moich ulubionych postaci literackich, czyli Zosią (Dziewczyną). Do przeczytania w jeden wieczór.


Do poczytania za tydzień :-)

środa, 7 stycznia 2015

W NOWYM ROKU WITAM...

Kliknij tutaj :-)
W nowym roku witam i co słychać, pytam :-)

Skończył się rok, skończył się grudzień, skończyły się warsztaty z podstaw filcowania. Co prawda powstała grupa kontynuacyjna, ale mnie już w niej nie ma. Dlaczego? Ano choćby dlatego, że filcowanie nie wciągnęło mnie aż tak, żeby zajmować się nim poza warsztatami, a druga rzecz - teraz będą robione na mokro większe rzeczy - czapki, szale, torebki itp., a mnie przecież ufilcowanie próbki wielkości szkolnego zeszytu z nóg zwaliło (pisałam o tym tutaj), więc odpuszczam. Poniżej sesja zdjęciowa kwiatka zrobionego na zakończenie kursu podstawowego. Kwiatek powstał z połączenia filcowania na sucho z filcowaniem na mokro. Najpierw na sucho uformowałam poszczególne elementy kwiatka, dopracowałam je na mokro i po wysuszeniu połączyłam na sucho.


Czytać nie czytam, bo nadal w gościnie jestem, dlatego smutna historia kochanków z Werony wciąż czeka na dokończenie.



Do poczytania za tydzień - będzie coś o kupie ;-)