środa, 27 kwietnia 2016

RUDBEKIA I "INTERES ŻYCIA"

Kliknij tutaj ;-)

Erica Fortgens: Bloemen borduren op papier: Rudbeckia
Książek nie kupuję. Wolę je czytać, niż gromadzić, jednak tak mi trudno było rozstać się z Władcą pierścieni, że postanowiłam mieć go na własność i kupiłam. W antykwariacie. Wydanie Muzy z roku 2005. Cenowo wyszło podobnie jak kupno nowego wydania z roku 2013 w księgarni, dlatego zakup ten nazwałam "interesem życia". Tyle że w księgarni musiałabym poczekać, bo akurat nie mieli na półce, a chciałam je mieć już, zwłaszcza że Gimnazjalista po chwili zniechęcenia wrócił do czytania Drużyny pierścienia. No to mam. Co prawda z paskudnymi ilustracjami na okładkach, ale bez czekania i tym sobie rekompensuję pochopność zakupu.


Gimnazjaliście tak się Tolkien spodobał, że chce przeczytać jego biografię i inne dzieła. Prawdę mówiąc i ja mam na to ochotę. O mały włos nie popsułam chłopakowi przyjemności czytania - opowiadając o różnicach w wersjach tłumaczenia wspomniałam, że w starszych wydaniach koń Gandalfa nazywa się Gryf, a w nowszych Cienistogrzywy. "To Gandalf żyje?" zapytał zaskoczony Gimnazjalista. "No jak żyje, jak nie żyje?" - odpowiedziałam - "Wspominali go tylko." 

A co czytam obecnie? Skończyłam Karbalę i zastanawiam się, co dalej. Czy podczytywana z doskoku i na wyrywki Urologia pod redakcją Andrzeja Borkowskiego, czy Proust? A może coś lokalnych publicystek? Kusi mnie świeżutka Tacy ludzie, takie czasy Joanny Wyrzykowskiej.
 
Tym, którzy mają, życzę udanego długiego weekendu - mój będzie bardzo długi - sięgnie od Pomorza aż po Śląsk zahaczając po drodze o Żuławy plus taka sama droga powrotna i wszystko w ciągu czterech dni - w sumie w drodze będę dłużej niż w gościnie.

Do następnego :-)

środa, 20 kwietnia 2016

BOMBUR?

Kliknij tutaj ;-)
Spójrzcie niżej i powiedzcie, czy ten jegomość nie przypomina Wam Bombura* śpiącego po niezamierzonej kąpieli w rzece przepływającej przez Mroczną Puszczę?

 Gnome Sleeping - stitchingcards.com 
Książkowo nadal Karbala Piotra Głuchowskiego i Marcina Górki


i podczytywana z doskoku i na wyrywki Urologia pod redakcją Andrzeja Borkowskiego,


z której czytam tylko fragmenty bezpośrednio mnie dotyczące, choć nie ukrywam, że zastanawiam się nad przeczytaniem całości.

Ostatnie trzy dni (niedziela-wtorek) spędziłam w szpitalu na copółrocznym "przeglądzie technicznym" i jestem umęczona. Nie tyle samym przeglądem, bo ten jest znośny, co pacjentką, obok której leżałam. Nazwijmy ją Lady Wygodnicka. Lady leży sobie plackiem, bo przecież tydzień temu operację miała, e-papierosa pociąga i uważa, że wszyscy w szpitalu, zarówno personel jak i pacjenci, są na jej usługi. I było podaj, przynieś, podnieś mnie, itp. - już po kilku godzinach miałam jej szczerze dosyć i tęsknym okiem patrzyłam na pustą izolatkę. Pokazałam jej, jak należy wstawać po operacji, ale nie, Lady trzeba podnosić - trzeba się nad nią pochylić, objąć i ciągnąć się z nią do góry, inaczej wstawać nie chciała. Podniosłam ją tylko raz, choć dźwigać mi nie wolno, na szczęście ciężko nie było, więc miała siłę, żeby wstawać samodzielnie, potem miałam już wenflon i nim się wykręciłam. Przesadziła w poniedziałkowy wieczór, gdy urządziła koncert disco polo trwający do północy, albo i dłużej. Dokładnie nie wiem, bo o 23 włożyłam zatyczki do uszu, na oczy założyłam opaskę, odwróciłam się tyłem do imprezy i jakoś udało mi się zasnąć. Pielęgniarki uwagi jej nie zwróciły.

Gdy we wtorek miałam wypis w ręku przestałam być miła i zapytałam ją, jak sobie poradzi, skoro jej służąca, czyli ja, do domu idzie. Odpowiedziała, że teraz mąż będzie jej pomagał. Zapytałam wtedy dlaczego od początku z nią nie siedzi 24 godziny na dobę jak mężowie w  Centrum Onkologii, którzy tygodniami spędzali noce na wysłużonych nierozkładanych fotelach na korytarzu. Odpowiedzi brak, a za chwilę - a mogłabyś mi jeszcze przed wyjściem przynieść... Przyniosłam z komentarzem, że skoro już odważyła się chodzić, to sama mogła sobie wziąć, bo daleko nie miała. Gdy poprosiła salową o podniesienie jej nie wytrzymałam i powiedziałam, żeby sama wstała, bo kobiecie kręgosłup pęknie.

Gdy odbierałam dziś zwolnienie (z tego zamieszania z Wygodnicką zapomniałam poprosić o nie przy wypisie) zapytałam przy okazji pielęgniarkę, czy Lady ma jakieś specjalne względy na oddziale. Po minie widziałam, że i ona ma Wygodnickiej dość, zresztą jeszcze przy mnie jedna z salowych skomentowała jej zachowanie, co Wygodnicką oczywiście bardzo oburzyło. Gdy lekarz pół żartem pół serio powiedział mi, że jeśli następnym razem zapomnę o zwolnieniu, to mi go nie wypisze, powiedziałam, że to przez Wygodnicką, od której chciałam uwolnić się jak najszybciej.

Może powiecie, że jestem wredna, że się czepiam, ale sama w ciągu ostatnich dwóch i pół roku byłam dziewięć razy w szpitalu (wiem, rekordzistką nie jestem, ale dla mnie to i tak o dziewięć razy za dużo), w tym czasie miałam sześć operacji (licząc zabieg poniedziałkowy - sześć i pół i też o sześć i pół za dużo), w tym jedną taką, że nawet doświadczeni lekarze za głowę się łapią, gdy im o niej mówię, bo raz, że przypadek jeden z rzadszych, a dwa - wycinka jak na jedną operację była duża, więc doskonale wiem, jak człowiek się czuje po operacji, że boi się wstawać, bo po kilku dniach leżenia ma zawroty głowy i nogi jak z waty, że się boi, że przy najmniejszym ruchu szwy pękną, że kondycja psychiczna pozostawia wiele do życzenia, że trzeba trochę mu pomóc, ale uwierzcie mi, że tak się nie zachowywałam. Wiem, ludzie są różni, jedni znoszą takie sytuacje lepiej, inni gorzej, ale... Chyba każdy z nas, nawet w chorobie, ma jakieś granice przyzwoitości, prawda?

No, wyżaliłam się. To teraz poczytam, co u Was.

* PS. Dla tych, którzy nie kojarzą postaci - Bombur to jeden z krasnoludów z Hobbita, czyli tam i z powrotem J. R. R. Tolkiena.

środa, 13 kwietnia 2016

SZACH, MAT I KARBALA


Sięgając po Karbalę Piotra Głuchowskiego i Marcina Górki zastanawiałam się, czy nie powinnam najpierw co nieco poczytać o islamie, Iraku, Saddamie Husajnie, wojnach w Zatoce Perskiej i ogólnie o sytuacji na Bliskim Wschodzie, bo cała moja wiedza w tym temacie opiera się na przypadkiem zasłyszanych urywkach newsów z serwisów informacyjnych i prasowych nagłówkach, ale oczywiście lenistwo zwyciężyło i nie poczytałam nic. Jak się okazało, wprowadzenie w tematykę nie było konieczne, gdyż w książce wszystko jest w przystępny sposób pokrótce i nawet taka ignorantka jak ja może Karbalę czytać, jednak nie przy jedzeniu ani przed snem, bo chyba nikt nie chce umilać sobie posiłku, czy psuć nocy pojawiającymi się od czasu do czasu krótkimi, ale sugestywnymi opisami zmasakrowanych zwłok ofiar stabilizacji.

Do następnego :-)

środa, 6 kwietnia 2016

NA ŚWIĄTECZNEJ...

Kliknij tutaj ;-)

Na świątecznej łące skakały zające,
dwa się zakochały i do nas przykicały.

Magda-Allienor poprosiła mnie, żebym podzieliła się wrażeniami z Feblika Małgorzaty Musierowicz, ale jak mam się podzielić wrażeniami, skoro nie lubię i nie umiem o książkach pisać i zdecydowanie wolę je czytać? Książka albo mi się podobała, albo nie. Czytało się ją dobrze, albo źle. Wzruszyła mnie, albo nie. Jednak uzasadnić dlaczego, już nie potrafię. Poza tym, co można napisać o książce, która kojarzy mi się z białą serią romansów Harlequin?


Po przeczytaniu kilku pierwszych stron zaczęłam się zastanawiać, czy mam deja vu? Bo przecież to już było - we Wnuczce do orzechów. Potem było już lepiej, pojawiły się nowe postaci i wątki z nimi związane. A potem szybko był koniec. Za szybko. I tyle.  Zero wrażeń, zero głębszych przemyśleń, ale czytało się przyjemnie, jak to Musierowicz. Chociaż... Już w którejś z wcześniejszych, ale wydanych w ostatnich latach części zaczęło mnie denerwować to, co wcześniej w rodzinie Borejków podobało mi się, a mianowicie ich oczytanie, wiedza, znajomość łaciny i umiejętność zastosowania odpowiedniego cytatu w odpowiedniej sytuacji, ogólnie mówiąc ich inteligenckość, która teraz mnie drażni i wydaje się przerysowana i sztuczna. Czyżby na "starość" wychodziły ze mnie kompleksy związane z chłopsko-robotniczym pochodzeniem? A może po prostu dorosłam i to, co imponowało mi, gdy miałam lat naście, teraz, na chwilę przed zmianą kodu na czwórkę z przodu, nie robi już na mnie takiego wrażenia? No i to ciągłe "lokowanie produktu" pod tytułem Ellery Queen, czy Krystyna, córka Lavransa - jakby innych autorów i książek na świecie nie było. Ale przyznaję, i jedno i drugie zaintrygowało mnie (najwyraźniej zadziałała metoda zdartej płyty) i być może kiedyś trafi w moje ręce.

Wracając do Feblika - nie poruszył mnie on na tyle, żeby sypać tu cytatami, choć dwa fragmenty przypadły mi do gustu:
- Mam małą prośbę - rzekł uprzejmie. - Czy mogłaby pani z łaski swojej popchnąć nam samochód? Kłopot z akumulatorem. Zwykłej kobiety nie śmiałbym prosić, ale pani jest taka silna. (str. 239)
Myślałam, że padnę - i kto to mówi? Takie słowa z ust takiego dżentelmena, jak Ignacy Grzegorz Stryba? Niesamowite!

Drugi fragment dotyczy naszego postrzegania dzieci, które dziećmi już nie są:
I wtedy nagle go zobaczyłam takiego, jakim jest naprawdę, a nie jakim go widziałam do tej pory, bo dotąd moje widzenie było zakłócone przez żmudny proces wychowywania tego człowieka. Wiesz, o czym mówię, zawsze ich widzimy złożonych z tego, kim byli, i z tego, kim są, z przewagą tego pierwszego, i to pierwsze to jest bardzo dużo kolejnych obrazów, na które nakładają się coraz nowsze, a jeszcze te stare przebijają spod spodu,  no rozumiesz, a mnie zawsze przebijał najmilszy obraz tego dzidziusia z młotkiem pod pupą. (str.248)
Zgadzam się z Idą. Jestem ciocią i mamą chrzestną Gimnazjalisty i choć widzę, jak się zmienia, jak dorasta, to cały czas jest on dla mnie tym malutkim milutkim i cieplutkim kilkuletnim chłopczyczkiem czarującym uśmiechem pełnym małych białych ząbków, a tym czasem żaden z niego chłopczyczek, chłopczyk, czy nawet niedawny chłopiec w zsuniętej na tył głowy niebieskiej czapce-krasnoludce, spod której wystawała blond emo-grzywka skosem opadająca na wielkie niebieskie oczy, tylko bardzo do rzeczy chłopak, nastolatek, a wkrótce młody mężczyzna.

Choć nie czytam recenzji książek, to tu i ówdzie zdarzyło mi się spotkać z opinią, że wcześniejsze części Jeżycjady były inne, ciekawsze, lepiej napisane. Może rzeczywiście i takie były, a może po prostu my, wierne czytelniczki Małgorzaty Musierowicz, dorosłyśmy i inaczej pewne rzeczy odbieramy, a Jeżycjada, jakby nie patrzeć, jest serią dla młodzieży, nawet tej bardzo młodej - Gimnazjalista w podręczniku do języka polskiego dla klasy piątej miał fragment Języka Trolli i był bardzo zdziwiony, że czytam książkę dla dzieci. Jednak coś jest w tych opiniach, bo te części, których akcja rozgrywała się 40 czy 30 lat temu były dla mnie ciekawsze, gdyż przedstawiały realia, których nie pamiętam lub pamiętam słabo.

No to tyle o Febliku, więcej nie wyduszę. Może tylko to, że słowo feblik kojarzyło mi się z gwarą śląską (feblik, bajtlik, podobne nieco), a tymczasem to francuska słabość. I może jeszcze to, że choć jestem o ponad połowę młodsza od Ignacego Seniora, to też na nadciśnienie biorę Concor Cor, tyle że mój nie jest w kształcie serduszek (w tym kształcie dostawałam jakiś zamiennik w szpitalu) i biorę go rano, a nie wieczorem.

Do następnego :-)

PS. Gimnazjalista, po przeczytaniu 272 stron kupionej miesiąc temu Futu.re Dmitrija Glukhovsky'ego stwierdził, że książka mu się nie podoba i zaczął czytać Drużynę pierścienia, która podoba mu się o wiele bardziej.